Andrzej Tuźnik „Miejsca”

15 grudnia - 09 stycznia 2019


Na malarstwo Andrzeja Tuźnika trafiłem przypadkiem, ale to, że w tych obrazach zamieszkałem na stałe, było już nieuchronne. Pytam więc sam siebie, co mnie w tych płótnach osadza, co zakotwicza? I odpowiadam rozkręcając na śrubki to, w co się ze zmysłową przyjemnością pogrążam. Trochę jak dzieciak, który zwędził dziadkowi zegarek i przy pomocy młotka próbuje zbadać, dlaczego słychać tykanie, a sekundnik biegnie w tak regularnych odstępach? Więc – powietrze. Te obrazy wypełnia przestrzeń, która oddycha. Jeszcze chwila, a usłyszymy cykady, poszum fal, bryzę w palmowych liściach. Wystarczy odrobinę pozostać wzrokiem na płótnie i już wchodzimy w trzeci wymiar. Ten obraz wciąga w głąb i wchłania. A kiedy już jesteśmy po drugiej stronie, otaczają nas budynki, miejsca osoby – jakby dobrze znane, a jednocześnie zatarte, ogólne, konturowe. Gdzie ja widziałem takie obrysy, takie emblematy? Już wiem – we wspomnieniu, we śnie, w marzeniu. Ale w marzeniu z tych słodszych, z tych z lekkiego snu nad ranem. Ze snu, który podszeptuje, że to, co ci się snuje, może trwać. I wcale nie skończy się tak banalnie i ponuro, jak się skończyło w realu. Może mieć taki ciąg dalszy, jak na pastelowych plenerach z płócien Tuźnika. Myślę, że jeżeli dusze czyśćcowe spoglądają z zaświatów na swoje ziemskie niedole, to litościwy Pan Bóg przedstawia im je w wersji wygładzonej, pozbawionej chropowatości i kantów. W wersji przebaczającej. Dobry Pan Bóg kładzie im przed oczy ich własne życie, jak mógłby je namalować Andrzej Tuźnik. Z tą jedyną, ciepłą, wybaczającą ironią, z zapewnieniem, że to już. Dokonało się, już jest po wszystkim, a teraz pora podać lody malinowe. I to, co nieuchronne. Andrzej Tuźnik ma czas, uwagę, czułość i talent, by zapisywać miejsca i osoby z drugiego planu. Pomijane, pozornie nieważne. Podobnie jak jego wielki poprzednik Edward Hooper. Tyle, że u Hoopera te wszystkie puste przedziały kolejowe, senne stacyjki benzynowe i tylne podwórka pensjonatów zieją grozą i pustką. Chciałoby się z nich czmychnąć pod byle pretekstem. Tuźnik maluje miejsca podobne, ale one nie straszą, nie mobilizują, nie wzywają. One zapraszają. Chciałoby się wytrzeć buty w wycieraczkę, wejść, rozgościć. I zostać.

 

Wiesław Kot
Doktor nauk humanistycznych z zakresu literatury współczesnej, filmoznawca i krytyk filmowy, wykładowca uniwersytecki. Ostatnio wydał Manewry miłosne. Najsłynniejszeromanse polskiego filmu.


Galeria prac


Powrót