Konrad Jarodzki - Polowanie na węgorze

12 czerwca - 30 sierpnia 2019


W swoim tekście kuratorskim stanowiącym wprowadzenie do niniejszej wystawy, Bogusław Deptuła cytuje liczne określenia jakimi krytycy i historycy sztuki namaścili formy charakterystyczne dla twórczości malarskiej Konrada Jarodzkiego. No cóż, nie wiem, czy wśród nich pojawił się już konkretnie węgorz, w każdym razie nie w tym rzecz – przywołuję ten gatunek ryby nie tyle (lub nie tylko) w kontekście podobieństwa formalnego rybiego ciałka do wydłużonych, obłych, rurowatych kształtów znanych z obrazów wrocławskiego twórcy. Rzecz w tym, że przeglądając prace rozstawione w galerii na czas montażu wystawy, nagle właśnie węgorz objawił mi się jako idealny symbol przezwyciężenia pewnej aporii wiążącej się z twórczością Jarodzkiego. Problem stary jak świat, a przynajmniej tak stary jak kultura, bo i kultury dotyczy. Konkretnie tego, gdzie kończy się ona, a zaczyna natura. I odwrotnie. Albo czy w ogóle obie gdzieś się kończą i gdzieś zaczynają.
Przypominając, w twórczości Jarodzkiego dane są: organiczność, biomorfizm, biologia jako taka, ba, wręcz biologiczny pęd: wzrost, rozrost, rozpłód nawet (nie bójmy się tego słowa, szczególnie w obliczu Erotyków). Z drugiej strony: kopalniane szyby, rozpadająca się materia wież World Trade Center, krążenie pierwiastków w kosmosie. Skały, metal, gazy. Generalnie – nieożywione.
Pierwszym, co przychodzi mi do głowy, kiedy patrzę na obrazy Jarodzkiego – spośród tych prezentowanych na wystawie szczególnie Autoportret, prace z cyklu World Trade Center, cykl Ptaki, Uskok – jest śnieżący ekran telewizora, taki, jaki pamiętam z dzieciństwa. Słyszę jakieś szumy – dla mnie obrazy te są nie tylko haptyczne, co już wielokrotnie podkreślano, ale również słyszalne, w tym sensie synestezyjne par excellence. Coś w nich trzeszczy, coś w nich buczy, pika jak przedpotopowy modem. To też jest jakieś środowisko, podobnie jak biomorfizmy Jarodzkiego; tym razem jednak – środowisko sztuczne, w dosłownym sensie nienaturalne. Nawet jeśli mamy do czynienia z przedstawieniami istot żywych, jak w przypadku ptaków, są one widoczne jak gdyby na ekranie – nieostrym, pełnym zakłóceń, jak zdjęcie USG. Niektórzy być może dodaliby w tym momencie, że środowisko sztuczne to dla człowieka automatycznie (nomen omen) środowisko obce – czy jednak na pewno? W XXI wieku? Rozejrzyjmy się dookoła i odpowiedzmy z ręką na sercu.
Może z mojej strony to kwestia pokolenia i pokoleniowej optyki, w której telewizor (tak, ten wiecznie śnieżący) jest oczywistością znaną od urodzenia, optyki, która pamięta pomruki wydawane przez komputery – nie, systemy komputerowe – zajmujące pół pomieszczenia; taki miał mój dziadek, wcześnie zinformatyzowany ale mieszkający na wsi. W domu szumiały kable, za oknem, w tym samym czasie i w tym samym natężeniu decybeli – jabłonie. Środowisko techniczne stało się tak samo naturalne (w rozumieniu: oczywiste, bliskie, przyjazne, znane) jak to naturalne z definicji (w rozumieniu wspólnoty istot żywych).
Elektryczność. To jest to kolejne, wyraźne słowo przychodzące na myśl kiedy patrzę na te obrazy. Z nią wiąże się ruch, ruch cząstek elementarnych, tym jest elektryczność. Jarodzki w cyklu Etiudy namalował obraz Kwarki. Cząstki, cząstki elementarne na bis. Budowa materii. A, jak to mawiają, wszyscyśmy z tego samego – i ci w przyrodzie ożywieni, i ci, co nie – z tej samej lub z tych samych substancji. Można rzecz ujmować naukowo, można poetycko, można zbudować na tym religię, można trochę tak i trochę tak – jednocześnie poetycko i zwodniczo konkretnie, jak w nieco już wyświechtanym stwierdzeniu, że zbudowani jesteśmy z pyłu dawno wygasłych gwiazd.
Wracając do paradoksalnego, bo elektrycznego przedstawiciela fauny, do węgorza, czy może precyzyjniej, do strętwy – gatunku z węgorzem mylonego, mimo że to właśnie on posiada owe słynne elektryczne właściwości: po bokach ciała, wzdłuż płetwy odbytowej, strętwy wyposażone są w narządy zdolne wytworzyć napięcie o sile między 300 a 600 V – mogące zabić małe lub oszołomić duże zwierzę. To terapia szokowa (shock = porażenie), trochę jak w tych cyklach Jarodzkiego, które odnoszą się do zła, tych, które podobno najbardziej niepokoją. Długie, węgorzowate formy naszpikowane paraliżującą energią. Co jednak ciekawe, strętwy wykorzystują swoje nadprogramowe narządy również w celu elektrolokacji – informacje zebrane dzięki bodźcom elektrycznym pomagają im zorientować się w otoczeniu. Generują one całe pole elektryczne i rejestrują powstałe w nim zmiany. Fale rozchodzą się od ciała ryby koncentrycznie – jest to zatem ten rodzaj energii odśrodkowej umożliwiającej poznanie, przypominający w mikroskali rodzaj pulsacji, na której osadza się komos. Elektrowstrząs (bywa, że bolesny) dla wskazania kierunku. Wydaje mi się, że właśnie ten rodzaj energii prowadzi pędzel Konrada Jarodzkiego kiedy zwraca się on ku najtrudniejszym, kąśliwym i gryzącym sferom.

 

Joanna Kaźmierczak
 

Kuratorzy: Kama Zboralska, Bogusław Deptuła


Galeria prac


Powrót