Mariusz Mierzejewski - Przestrzeń tła

21 września - 08 października 2017


Wrzeszcząca małpa, bulwar nad rzeką, kawał drewna, ściekający totem jakiegoś ptasiora, obrazek o niczym, rogata czaszka kozła, mizdrzące się ładne rysunki kobiet, fragment tupolewa, matka boska, mechanizm zegara, świstak w kwiatkach?
Malarstwo Mariusza Mierzejewskiego pozbawione jest emblematyczności, dającej widzowi percepcyjne uspokojenie, w postaci bezpieczeństwa estetycznej klasyfikacji.
Można powiedzieć, że jego obrazy nie uwodzą ani ugrzecznionym decorum użytych środków malarskich, ani spójną narracją ikonograficzną, dającą jasną odpowiedz o co mu chodzi. To jakie jest jego malarskie status quo?

Na wstępie, należy wykluczyć słowo - nieumiejętność, bo z pojedynczych gestów, szybkich zapisów malarskich widać, że nie musi udowadniać, że potrafi malować. Jednakże, widoczne resentymenty gestów postimpresjonizmu, dzikiej ekspresji, występują równolegle z widzeniem Marcela Duchampa, lub Kurta Schwittersa. Czy da się pogodzić, wizerunek małpy namalowany w duchu odnowiciela figuracji XX wieku Francisa Bcona z banalnym widoczkiem? Czy ta przypadkowość, intelektualna nonszalancja, wydawałoby się że zbyt szeroki wachlarz możliwości, cytowanie klasyków, nie budzi podejrzeń że to jakaś „post-moderna”, wtórne i nieautentyczne? Czy siłą tego malarstwa może być poczucie towarzyszącego nam rozdrażnienia? Dlaczego maluje i przekreśla swoje prace ich łatwością podania, banalnością tematu, dlaczego wątki nie łączą się meandrycznie w poszczególnych pracach? Czy nie deprecjonuje ikony obrazu komercjalizując go? Czy raczej wątpliwą wartością jest wolna kreacja, kalejdoskop widzialnych szczątków, epatowanie śmietnikiem realności, dekonstrukcja bagażu tradycji malarstwa.
Zakładam, że jesteśmy celowo wpuszczani w przysłowiowe maliny - patrzcie! to są obrazy. Wszystko się zgadza, te malarskie tautologie są zaprojektowaną „pułapka przebudzenie”, przed kolejnym obrazem, który nas nie usypia swoją konsekwencją tradycji widzenia i rozumienia. W rzeczywistości ich przedstawienie jest krytyczną w wymowie siłą perswazji autora. Jego obrazy są skonceptualizowanym odbiciem otaczającego chaosu, podszywające się swoją niemocą pod zdewaluowany obraz informacji, mediów, reklamy. Czy żarliwie wykreowany palimpsest szczątków kodów i znaczeń jest jego strategią zbieracza odreagowującego w ten sposób rzeczywistość?
Poszukiwania, dyskurs, rozwój przez zaprzeczenie... w końcu ta ambiwalentność obrazu jak widać ulega samej witalności procesu twórczego, staje się świadomym wyzwaniem autora.

Łukasz Głowacki




Powrót